Pani Coach, panie Coachu – budzimy się!

https://pixabay.com/pl/odświeżenie-powitalny-wody-kobieta-438399/
W ostatnim czasie coaching stał się bardzo popularnym tematem, na który pisze się wiele artykułów, czy to ogólnie o coachingu, czy o wyjątkowo rzucających się w oczy coachach i pseudocoachach; w mniejszych czasopismach, na portalach i w poważanych magazynach. Artykuły pozytywne i pokazujące niesamowitą efektywność procesów coachingowych oraz te, które deprecjonują coachów i proces coachingowy. Artykuły-wyzwania i takie, które na nie odpowiadają. Dyskusja podobna (pod względem zapalczywości dyskusji, a nie jej przedmiotu czy wagi) do tej w przypadku „szczepić czy nie szczepić” wśród rodziców lub Radeon czy GeForce wśród fanatyków sprzętu komputerowego. Można by powiedzieć, że to standardowa sytuacja, kiedy popularne na rynku zjawisko powoduje szum informacyjny i zbiera obozy zwolenników i przeciwników przekrzykujących się wzajemnie szukających dziury w całym fanów teorii spiskowych i fanatyków roniących łzy szczęścia na sam dźwięk słowa „coaching”. Być może… Niemniej jednak, kiedy robi się głośno o danym temacie, to może warto byłoby, żeby osoby, których on dotyczy, zastanowiły się z jakich powodów mógł powstać. Od dawna wiadomo, że osoba zadowolona z produktu czy usługi poinformuje o tym 2-3 inne, a niezadowolona niepomiernie więcej. Stąd pierwsze artykuły o coachingu, które pamiętam sprzed kilku lat, były pisane przez niezadowolonych Klientów. Skoro więc Klient nie jest zadowolony, to w moim odczuciu, osoba taka jak coach powinna po pierwsze spojrzeć w lustro i zadać sobie sama pytanie – co takiego robię, żeby być dobrym w tym, czym się zajmuję? Żeby być dobrym coachem. Dla innych i dla samego siebie

Ja sam jestem certyfikowanym coachem od 2008 roku. O tym jaki mam wkład w coaching, przeczytać można na każdej z moich stron internetowych i profili. Powiem tylko, że coaching to moja pasja, obsesja i spora część życia zawodowego. Mam w związku z tym swoje obserwacje, które układają się w mej głowie w dość wyraźny obraz rynku coachingowego oraz tych, którzy mienią się, bądź są coachami. Obraz, który w moim odczuciu warto namalować i pokazać - pani Coach i panu Coachowi. Dla refleksji. Pokazać również szerszej publiczności, uchylając drzwi od kuchni.

Jak wygląda rynek coachingu w liczbach?

W chwili obecnej funkcjonuje około 70 szkół, studiów podyplomowych i dziennych oferujących krótsze i dłuższe kursy w obszarze coachingu. Średni koszt szkoły/kursu coachingowego to 11 tysięcy PLN. W 2012 roku na naszym rynku funkcjonowało 3.000 coachów, z czego 800 z certyfikacją międzynarodową / akredytacją (wg raportu Polskiej Izby Firm Szkoleniowych - PIFS). Dynamika wzrostu liczby coachów w Europie wynosi pomiędzy 15% a 20% (wg rap. PIFS). Można więc w prosty sposób policzyć, bazując na podanych powyżej wartościach, że na koniec 2015 roku będziemy mieli w Polsce ok. 5.200 coachów. Według International Coach Federation (ICF) szacuje się, że do 2022 roku, bazując na liczbie mieszkańców, rozwoju Polski i rynku coachingowego, będzie istniał popyt na 10.000 coachów. Przy tym wszystkim cena za sesję coachingową oscyluje w zakresie od 50 PLN za godzinę do 5.000 PLN za 3 godziny. Stopy zwrotu z inwestycji w coaching dla osoby bądź firmy zatrudniającej coacha sięgają wg badań przeprowadzanych na całym świecie 1.200% (wg m.in. ICF, Sherpa Consulting, Metrix Global, HBR). Podsumowując – dużo możliwości rozwoju, które nie są tanie, sporo chętnych a i potrzeby wydawałoby się znaczne przy atrakcyjnym wynagrodzeniu w środowisku nienormowanego czasu pracy. I do tego działa…

Czy podaż rodzi w takim razie popyt?

Tak jak przedstawiłem sytuację na rynku coachingowym, tak jest ona (słusznie zresztą) odczytywana. Tak więc każdy przedstawiciel branży, gdzie pracuje się z ludźmi, a czasem nawet i spoza niej, bieży na kursy i szkolenia coachingowe. Osoby z korporacji na stanowiskach związanych z zarządzaniem zasobami ludzkimi (popularny HR), psycholodzy, psychoterapeuci, trenerzy, doradcy, rekruterzy, studenci na kierunkach psychologicznych i menedżerowie oraz szukający nowych zajęć-wszyscy płacą wysokie kwoty za kurs coachingowy. Płacą sami, płacą za nich korporacje, płaci Europejski Fundusz Społeczny (EFS) w ramach dofinansowań z Unii Europejskiej. Są też tacy, którzy jak niepodległości bronić będą faktu, że kursy i szkolenia oraz certyfikacje są całkiem niepotrzebne, bo wystarczy kupić książki, przeczytać i puffff - zostaję coachem. I wreszcie tacy, którzy budzą się pewnego dnia rano z objawieniem na twarzy i misją wyprodukowania 50 sztuk wizytówek, na których zamiast „tarocista” będzie napisane „coach”. I od tej pory klient wychodząc od nich po postawionym, być może nawet całkiem dobrze tarocie, będzie mówił – „Ahaaa, to tak właśnie wygląda coaching…” Nie muszę zapewne pisać, że to psuje dobre imię coachingu i daje już pewien obraz sytuacji. Całe szczęście jest to jedynie margines rynkowy. Skupmy się w związku z tym na tych wykształconych.

Co się dzieje po takim kursie ?

Jak to w życiu bywa, jakość szkoleń i kursów jest różna. Gdzie pojawiają się chętni na wydawanie pieniędzy, tam też pojawiają się z dolarami w oczach Ci, którzy niewielkim kosztem chcieliby się nimi „zaopiekować”. Dość powiedzieć, że tylko część osób kończących kursy będzie dawało dobre świadectwo na rynku o tym, czym jest coaching i będzie mogło pokazać, że działa. Wszyscy natomiast –owi przykładający się, posiadający rzetelną wiedzę i umiejętności wystarczające do rozpoczęcia swojej praktyki („rozpoczęcia” to słowo klucz )oraz Ci, którzy trafili na słabą jakość coachingu bądź szukają pozornie łatwego zarobku na fali popularności coachingu – wychodzą na rynek z niewystarczającą wiedzą i umiejętnościami. Podkreślę tę końcówkę poprzedniego zdania – niewystarczającą. I to dotyczy każdego. Kończąc 2-letnią szkołę coachingu z 350-godzinnym programem/procesem, wiedziałem doskonale, że potrzebuję jeszcze 3 rzeczy: narzędzi coachingowych, wiedzy o tym jak działać jako coach na rynku (jak sprzedawać te usługi, jak się pozycjonować, jaką niszę rynkową wybrać, jak prowadzić działania marketingowe i sprzedażowe) i… jeszcze więcej narzędzi coachingowych. W gruncie rzeczy mógłbym napisać, że tych rzeczy było 4, 5, 10 itd. i wymieniałbym głównie narzędzia. Brakowało też praktyki – mimo blisko 100 godzin praktycznie prowadzonych sesji coachingowych i superwizji. Jako superwizor mogę powiedzieć, że w większości przypadków widać i słychać czy coach przeprowadził 10, 100 czy 500 godzin sesji coachingowych. Posłużę się metaforą; przypomina mi to oglądanie rysunku rozwijającego się dziecka na przestrzeni lat. Na początku to częstokroć dziura zrobiona zbyt ostrą kredką w kartce (a czasem też w tym na czym kartka leży). Potem linie i zawijasy kreślone pośpiesznie i w nieładzie. Następnie figury geometryczne, postacie i przedmioty skutecznie konkurujące ze szkicami Picasso. Po ryzach całych kartek później przychodzi pora, kiedy kształty wypełniają się kolorami, nabierają formy, otrzymują coraz więcej szczegółów. Aż wreszcie każdy jest w stanie coś narysować. Jedni będą rysowali od razu dużo lepiej, inni źle. Z tych drugich część nigdy nie nauczy się robić tego wystarczająco dobrze, a część będzie mozolnie ćwiczyć i osiągać efekty ciężką pracą. Niektórzy w finalnym efekcie będą tworzyli przepiękne obrazy, a inni pozostaną na przeciętnym poziomie kształtu i formy lub będzie im się wydawać że tworzą cuda, ale nikt inny nie będzie tego dostrzegał.

Co więc z tymi narzędziami, praktyką i marketingiem ?

Na podstawie moich obserwacji, podzieliłbym grono coachów na cztery grupy.

Pierwsza – wieczni studenci. Tych jest niewielu i są to osoby, które czują niedostatek wiedzy i umiejętności oraz ciężar odpowiedzialności tak mocno, że zapisują się na kolejne szkolenia i kursy bez opamiętania, wierząc w to, że kolejne powinno już na pewno wystarczyć do „pójścia w rynek”. Trwa to całe lata i jeszcze więcej kosztuje. W rezultacie, wracając do mojej metafory, mają całą pracownię kredek i farb w tysiącach odcieni, świecówek, akwareli, plakatówek, pędzli, rapidografów, rysików itd. itp.. Ale nigdy ich nie używają… Dla tych z Was, którzy czują, że zaliczają się do tej grupy właśnie, mam prostą radę – musisz zacząć. Wyjdź do ludzi, zaoferuj swoje usługi. Daj niższą cenę, prowadź coaching w barterze, zrób listę książek, usług i rzeczy, które są Ci potrzebne i zobacz jak Ci idzie. Możesz też skorzystać z superwizji doświadczonego coacha, który powie Ci co ewentualnie poprawić.

Druga – certyfikowani laureaci. To według mnie najliczniejsza grupa , która jest przeciwieństwem grupy pierwszej. Są to osoby, które skończyły kurs lub szkolenie coachingowe i czują się świetnie. Zapłacili, certyfikat wisi oprawiony na ścianie - teraz czas na zarabianie. Wychodzą na rynek bez cienia pokory i łapią się wszystkiego, co tylko do nich trafia. Przekonani o swojej omnipotencji oraz o tym, że to, czego się nauczyli, jest w zupełności wystarczające. Mają zestaw kredek w 6 podstawowych kolorach (a czasem niestety w jednym) i są przekonani, że to zaspokoi potrzeby ich klientów do końca życia. A kiedy ktoś (cóż za bezczelność!) próbuje pokazać im, że są inne kolory, kredki, farby - są wielce oburzeni. „Jak to inne? A po co mi inne?” Przecież oni są już wszechwiedzący. „Zobacz, jak świetnie rysuję tym ołówkiem!” Hmmm – a jak ten ołówek działa kiedy rysujesz nim na innych powierzchniach? Na skale, na wodzie, na szkle?
Piszę ostro? Być może. Czasem warto wsadzić kij w mrowisko. Oburzył Cię ten fragment artykułu ? Bingo! Przynajmniej jedną nogą jesteś właśnie w tej grupie… Przyznaj przed samym sobą, że się nie rozwijasz. Mam dla Ciebie niezobowiązującą sugestię. Zejdź trochę na ziemię, przeczytaj książkę ze swojej branży, poczytaj artykuły, posłuchaj audiobooka, uzupełnij swój warsztat, idź na szkolenie, zainspiruj się. Przyjmij do wiadomości, że są tacy, którzy przeszli już tę drogę i mogą podzielić się z Tobą wiedzą.

Trzecia – podłamani i wypaleni. Grupa, która potrafi wyważyć proporcje pomiędzy wiedzą i posiadanymi umiejętnościami z wychodzeniem na rynek, uzupełnia swoją wiedzę branżową, wychodzi do ludzi, ćwiczy i rozwija się. Problem leży w tym, że zaliczające się tu osoby nie osiągają efektów finansowych takich, jakich oczekiwaliby po obiecujących statystykach rynkowych. Pracują, ale mogą zniechęcać się tym, że mają mało klientów, że przegrywają przetargi (o ile próbują do nich przystępować), że telefon nie dzwoni, pomimo tego, że są dobrzy w tym co robią. Jest to grupa, która częstokroć pomija tak ważne aspekty jak: marketingowy, sprzedażowy i wizerunkowy. Pośród osób kształcących się aby zostać coachami stosunkowo niewielki odsetek zna się na rozwijaniu biznesu. To psycholodzy, trenerzy, menedżerowie korporacji mający niejednokrotnie ogromną wiedzę, ale niekoniecznie o tym, jak się sprzedać. Jeżeli czujesz, że możesz być w tej grupie, rada jest również prosta: zadbaj o sprzedaż, marketing i Twój wizerunek. Znajdź ludzi, którzy pomogą Ci pójść do przodu i zaistnieć albo samodzielnie zdobądź wiedzę i podejmij działania promocyjne. Poszukaj dobrze – na pewno znajdziesz szkolenie, materiały, wskazówki, które dotyczą Twojej branży i specyfiki pracy.
De facto problem budowania wizerunku i promowania siebie i swoich usług może dotyczyć każdej z trzech wyodrębnionych przeze mnie powyżej grup.

Czwarta – Ci, który osiągnęli sukces. Sukces, który można rozumieć w różnoraki sposób. Finansowy, są rozpoznawalni, czują się potrzebni i doceniani, robią to, co kochają itd. Garstka osób, które mają na tyle pokory, żeby nadal uczyć się od innych, dzielą się swoją wiedzą, prowadzą praktykę, inwestują w swój rozwój, poddają się superwizji. Można też zaliczyć do tej grupy osoby, które jeszcze są w drodze do osiągnięcia swojego celu i w jej trakcie robią wszystko to, co profesjonalny coach robić powinien. To ta grupa właśnie może być wizytówką dla branży coachingowej, a moim celem jest zainspirować wszystkich spoza, aby do niej dołączyli. Drzwi są szeroko otwarte. Wystarczy chcieć.

Tak oto maluje się z lotu ptaka obraz coachingu od kuchni.
Drodzy coachowie. Jeżeli chcecie mieć nadal tę pracę i kochacie to, co robicie, to wspólnie musimy zadbać o to jak postrzegany jest coaching. A to zależy tylko i wyłącznie od nas samych. Od naszego podejścia. Od naszego zaangażowania. Od naszej motywacji i entuzjazmu. Michael Jackson w piosence „Man in the mirror” śpiewał:

I'm Gonna Make A Change,
For Once In My Life
It's Gonna Feel Real Good,
Gonna Make A Difference
Gonna Make It Right . . .

I'm Starting With The Man In The Mirror
I'm Asking Him To Change His Ways
And No Message Could'veBeen Any Clearer
If You Wanna Make The WorldA Better Place
Take A Look At Yourself And
Then Make That Change!


/…Dokonam zmiany
Ten jeden raz w życiu
Poczuje się z tym dobrze
Poczuję tę różnicę
Zrobię to właściwie

Zaczynam od tego człowieka w lustrze
Proszę go, by zmienił to, jak postępuje
I żądna inna wiadomość nigdy nie była bardziej jasna
Jeśli chcesz by świat stał się lepszym miejscem
Spójrz na siebie samego
I dokonaj tej zmiany…/ (tłum. własne)



Pani Coach, panie Coachu – nie śpimy! Budzimy się! Popatrzcie się na siebie i odpowiedzcie sobie na pytanie, czy chcielibyście mieć takiego coacha, jak wy sami? Czego Wam jeszcze brakuje?
Trwa ładowanie komentarzy...